Ewa Ledóchowicz
List do Podróżującego po Grecji
dla Tymka
Dlaczego łuska blasku na tafli wody
lśni w Grecji inaczej niż gdziekolwiek indziej
a oczy lęk ogarnia że ociemnieją na całą resztę świata…
Tyle blasków mieści tutaj jedno załamanie fali ile uderzą skrzydła
mew gwarnych pod głębokim niebem gdy wybijają rytmy czasu
koza i krzyż uczepione wypiętrzonych głazów
ambrozją światła upojone zastygły
ujrzane przez Ciebie
na zawsze nieporuszone zostaną równe kamieniom
takim samym z jakich kładziono
dziś wybłyszczone
schody pod niejednym ciężkim łukiem muru.
Wzrok próbuje scalać kamień z krzyżem
i kaleką Samotracką Nike
ze słupem wysokiego napięcia
co przędzie druty
by osnową przytulić świat zaiste cały.
Wyspy z blasku, ze skały
jak latarnie pilnują widnokręgu
który próbujesz złowić
szukając tu, w Grecji, formy najprostszej
idealnej linii
jasnej i wyraźnej.
Lecz Grecja niejedną linię poddaje pod Twą rozwagę.
Równolegle do horyzontu
wciąż biegną miarowe rzędy theatronu
choć amfiteatr gości ledwie zioła i krzewy
bo uległ perswazji wiatru
kruszeje pod naporem czasu.
Nie on jeden.
Mury chroniące alkowy
i te dające cień cichym szeptom do bogów
gotują dziś miejsce dla mchu oraz ptasich gniazd.
Powalony marmur szuka siostry w glebie
a prastare drzewo
o pniu skręconym misternie jak dzieło rzeźbiarza
już bardzo niewiele dzieli od sięgnięcia nieba.
I marmur i kolumna i drzewo
mają własne ścieżki i własne zamiary
inne niźli nasze, ludzkie.
Drogi nasze zawsze kręte nawet jeśli proste
nie zaprowadzą nas do widnokręgu choć tam wiodą.
Nasze skrzydła nie takie by lecieć nad wodą migającą światłem
i nie zatonąć.
Choć opanował człowiek sztukę wykreślanie dróg oraz kanałów
gubi się w Grecji
sam podległy rdzy i przemianie w białą kość
wypalaną wieki później słońcem wpośród piasków plaży i w kanionach rzek.
Słońce Grecji.
To przychylne to złowieszcze
leje perlistość i zamgloną biel
a czasem miedź i przed nocą krwistą resztkę żaru
modry róż brzasku
siną stal tabunu chmur
zażółkłą dal
gdzie szczyty drzew stoją niby nieme znaki
zaginionego pisma
a wzgórza spłowiałych miast zdają są wysypiskiem
kamieni, czaszek i szkieletów
saliny pasmem śnieżnych gór.
Mami swym śpiewem
światła dzwon na greckiej ziemi
syrenią pieśnią.
Refren wybrzmiewa to w mur to w skałę
w łódź w wyspę
w raj albo pustynię.
A niebo
refleksem odbite w morzu które wszystko tu opływa
przemienia substancję
i zamiast w „dziś" stoimy w „zawsze"
ufni że zdołamy je zmieścić w pamięci i archiwach obrazów.
Dosiadamy chmury
by przybić do brzegu
karłowate drzewa otwierają bramy mitu
miasta porośnięte pleśnią jak glon zieloną
i marne resztki łodzi rudą rdzą przybrane
bierzemy za drogi ku olśnieniu.
Lecz czy proste czy krzywe
ludzką ręką kreślone drogi
obojętne są światłu,
ruinom, psu, wodzie i spękanej ziemi.
Dlatego nie pokładajmy w nich nadziei
by mogły dokądkolwiek prowadzić.
Chyba że do opuszczonej stacji
wpół zdziczałej krowy
tawerny z obrusami z ceraty
wyschniętych plantacji
i zatok zamienionych w tłoczne mariny.
Tyle dziś znajduje poszukiwanie mitu.
Lecz jeśli staniesz na wpół rozpadłym tarasie widokowym
być może ujrzysz co zadowoli Twą duszę
- widok, który nie murszeje.
I choć nieraz zabłądzisz
w bujnej gęstwie i pustki i nadmiaru i cudu i zniszczenia
- Twe oko odnajdzie drogę do jądra obrazu
i zamknięty pod powieką widok zachowa
na niejedną godzinę.
Tam gdzie komin
pomylić się może z krzyżem
a grzbiet kozy
z kopułą świątynki
gdzie natłok ludzi zwierząt barw i rozbłysków
tam oko złowi w zastawione sieci skarb
a kiedy minie dzień połowu
sieci naprawione zawisną na hakach
przyjdzie czas uczty
- i nasycone życie
odnajdzie drogi, aby znowu szukać.
Mobirise.com